![]()
re-naissance
university of life?
You can do anything you want. You know that.
An Education, Lone Scherfig
mój ostatni dzień
What would you do if you only had one day of living ahead? How would you spent that day?
Pytanie trochę olałem, bo nie umiałem dobrze po angielsku sformułować odpowiedzi, a potem stwierdziłem, że jest ona zbyt oczywista. Doszedłem do wniosku, że nieważne jest dla mnie, co bym robił. Nie wiem. Wiem, że chciałbym być w domu.
Bardzo często ostatnio przypomina mi się dzień naszego wyjazdu. Czas, gdy nie zdawaliśmy sobie sprawy, w co się pakujemy, gdy wszystko było na szybko, bez chwili do namysłu i przeanalizowania. Małe wątpliwości nieśmiało coś tam szeptały, ale uciszał je ogrom spraw do załatwienia i ekscytacja podróżą. Był to środek tej śnieżnej zimy, mróz otaczał wszystko i było bardzo biało. Jechaliśmy na zachód, a słońce akurat właśnie zachodziło. Myślałem o tym, że to ostatni zachód widziany z Polski. Bardzo akurat był efektowny.
Ten jedyny pozostały mi dzień życia chciałbym spędzić w domu. W czerwcu. Bez komputera. By było trochę pracy, tak by zająć sobie czas czymś przydatnym i przyjemnym. By byli rodzice i Seba, by nie trzeba nigdzie jechać i donikąd się spieszyć. Byśmy byli w dobrych humorach i w takim naszym nastawieniu do życia, którego nie znajduję nigdzie indziej. Bym miał czas, jak to zwykłem, wyjść na łąkę, posiedzieć, popatrzeć na pole. By przyszedł do mnie mój kot, który już nie żyje, ale tylko na trochę, bo to nie w jego stylu było łasić się nadmiernie. Chciałbym pochodzić na boso.
Taki powinien być ten mój ostatni dzień.
bez życia
21 kwietnia 2010 o 13:25 Link 1
Mam coś czego tu nie ma nikt,
lecz zbyt często nie czuję nic.
Bez filmów i muzyki udałoby mi się wytrzymywać w miarę normalnie. Chodziłbym do pracy, czasem spotykał się z bratem i jego dziewczyną. Co dwa tygodnie wyszedł potańczyć i się upić. Siedziałbym w pokoju i nie robił nic. Prawie by mnie nie było.
Kilka tygodni temu wróciłem do pisania tego bloga, by opisać ten, ponownie brytyjski, etap swojego życia. Tylko że nie ma co opisywać. Nic się nie dzieje. Tu się jest po to, by przeczekać. Kasia pyta, czy może jednak bym trochę nie pożył sobie teraz, gdy już się jako tako wszystko unormowało. A ja nie znajduję tutaj takiej możliwości. Jakiekolwiek życie wiąże się z wydawaniem pieniędzy, co jednocześnie wydłuża mój pobyt tutaj, więc jest bez sensu. Komputer daje wirtualną namiastkę, ale nigdy mnie nie dotknie.
W domu rodzice wycinają sałatę, tata jeździ na hurt, potem sztobrują chryzantemy. Wciąż narobieni, wciąż blisko ziemi. Tak im tego zazdroszczę. Poczucie marnotrawienia czasu, a nawet życia, mnie tu nie opuszcza. Odsunąłem od siebie na jakiś czas takie nieprzyjemne myśli o Polsce, o powrocie, przestawiłem je na stand-by. Teraz jeden film, jedna piosenka wszystko aktywowały i zaczęła się tęsknota. Po raz kolejny wiosna okazuje się emocjonalnie nieprzyjemną porą roku.
Chyba najtrudniej będzie mi wrócić do normalnej komunikacji z ludźmi. Tutaj praktycznie z nikim nie rozmawiam. Z nikim. W pracy unikam, bo strasznie ciężko nam się porozumieć i po kilku zdaniach urywamy tę imitację rozmowy. W domu siedzę u siebie i raczej nie wtrącam się w sprawy tej rodziny z dołu. Widujemy się może kilka minut dziennie. Z bratem i przyszłą szwagierką czasem pogadam chwilę, ale nieźle muszę się napocić, by jakoś przetrzymać ten czas i by nie zakradło się milczenie. Oduczyłem się mówienia, co przekłada się też na niechęć do pisania. Jak bardzo można się w sobie zamknąć? Jak bardzo można się zmienić?
Im robię się starszy, tym mniej czuję. Czy stanie się kiedyś tak, że naprawdę wszystko będzie mi obojętne? To o to chodzi?
archiwum
11linki
M