university of life?

11 maja 2010 o 01:30 Link 1

You can do anything you want. You know that.
An Education, Lone Scherfig



Różne rzeczy w moim „zawodowym” życiu robiłem/ dane mi było robić/ robić musiałem. Od kilku dni przypominam sobie sytuacje, które mnie spotkały, obowiązki, z których mnie rozliczano, ludzie i ich rozmaite przypadłości. Wędruję pamięcią do różnych miejsc i przeszłych momentów.

Myłem pisuary; komunikowałem się kilkakrotnie z sekretariatem jednego z meksykańskich ministrów, gdy organizowali mu nocleg w czasie poznańskiego kongresu klimatycznego; wycierałem oblane kolą dłonie w jeszcze nie wywieszone na salę sklepową ubrania; włamywałem się do zahasłowanych komputerów w biurze, by skorzystać z Internetu; dźwigałem pudła ważące trochę mniej ode mnie przez co potem długo zaleczałem różne dolegliwości; wraz z kolegą rozśmieszaliśmy menedżerkę tak mocno, że obezwładniona padała na podłogę w kuchni i zwijała się na niej; komunikowałem się z oddziałami w całej Polsce i nadzorowałem przesyłanie towaru z i do „mojego” sklepu; jadłem drugie śniadanie w podziemnej kuchnio-łazience, siedząc na zamkniętym sedesie; by zdążyć do pracy wstawałem o godzinie 5, 7, 13 lub 17; decydowałem, czy dana osoba dostanie pracę, czy będzie musiała szukać dalej; byłem obrzucany leżącymi pod ręką biurowymi przedmiotami, nie mówiąc o wyzwiskach i obelgach; kaleczyłem się o igły, wieczka od jogurtów, papier, klucze; stałem 12 godzin przy taśmie i wykonywałem w tym czasie na okrągło dwa – trzy ruchy; trzy razy proponowano mi stanowisko menadżerskie; nie kradłem pieniędzy, za to ukrywałem nieliczne braki w kasie; jednej nocy w identyczny sposób uśmiechałem się do prostytutki, która przyszła do klienta, do pijanych, ale przystojnych facetów, którzy wychodzili na miasto się zabawić oraz do wokalisty zespołu Perfect, który miał gdzieś prywatny koncert. I tak dalej.

Absolutnie do żadnej z tych sytuacji nie był mi potrzebny dyplom wyższej uczelni. Nigdzie, przed podjęciem pracy, nie pytano mnie, jakie mam wykształcenie ani czy w ogóle je mam. Zdarzyły się przypadki, że to między innymi przez „mgr” jakiejś pracy nie dostałem (Ceniąc sobie Pana wykształcenie i doświadczenie zawodowe z przykrością informuję Pana, że na dzień dzisiejszy nie mogę Panu zaproponować pracy. Życzę Panu powodzenia i szybkiego znalezienia pracy odpowiadającej Pana umiejętnością i doświadczeniu.). Bardzo często, gdy informuję ludzi o tym, że skończyłem filologię polską, spotykam się z jeśli nie politowaniem, to przynajmniej ze zrozumiałym kiwaniem głową. Z czasem zacząłem unikać dzielenia się tą informacją. Zacząłem o tym zapominać.

A przecież, do ciężkiej cholery, mam wyższe wykształcenie. Skończyłem z dobrym wynikiem jedną z lepszych uczelni w Polsce. W gronie ludzi, wśród których się obracam, właściwie nikt nie ma tych konkretnych trzech literek przed nazwiskiem. I nie chodzi mi teraz o wywyższanie się, tylko o stwierdzenia faktu. I o uzmysłowienie sobie samemu, że nie mogę o tym zapomnieć. To JEST jakiś ideał, jakaś niepodważalna wartość, która, o dziwo, daje mi od kilku dni dziwną siłę, by trwać w tym konkretnym miejscu, w którym jestem. I chociaż na pewno lista moich pracowych przypadków mogłaby – i będzie – się ciągnąć w nieskończoność, chcę wciąż pamiętać o tym jednym – gdy promotor powiedział, że „obroniłem moją pracą magisterską”. To takie moje plecy, moja tarcza.


mój ostatni dzień

2 maja 2010 o 23:52 Link 3

What would you do if you only had one day of living ahead? How would you spent that day?



Pytanie trochę olałem, bo nie umiałem dobrze po angielsku sformułować odpowiedzi, a potem stwierdziłem, że jest ona zbyt oczywista. Doszedłem do wniosku, że nieważne jest dla mnie, co bym robił. Nie wiem. Wiem, że chciałbym być w domu.

Bardzo często ostatnio przypomina mi się dzień naszego wyjazdu. Czas, gdy nie zdawaliśmy sobie sprawy, w co się pakujemy, gdy wszystko było na szybko, bez chwili do namysłu i przeanalizowania. Małe wątpliwości nieśmiało coś tam szeptały, ale uciszał je ogrom spraw do załatwienia i ekscytacja podróżą. Był to środek tej śnieżnej zimy, mróz otaczał wszystko i było bardzo biało. Jechaliśmy na zachód, a słońce akurat właśnie zachodziło. Myślałem o tym, że to ostatni zachód widziany z Polski. Bardzo akurat był efektowny.

Ten jedyny pozostały mi dzień życia chciałbym spędzić w domu. W czerwcu. Bez komputera. By było trochę pracy, tak by zająć sobie czas czymś przydatnym i przyjemnym. By byli rodzice i Seba, by nie trzeba nigdzie jechać i donikąd się spieszyć. Byśmy byli w dobrych humorach i w takim naszym nastawieniu do życia, którego nie znajduję nigdzie indziej. Bym miał czas, jak to zwykłem, wyjść na łąkę, posiedzieć, popatrzeć na pole. By przyszedł do mnie mój kot, który już nie żyje, ale tylko na trochę, bo to nie w jego stylu było łasić się nadmiernie. Chciałbym pochodzić na boso.

Taki powinien być ten mój ostatni dzień.

bez życia

21 kwietnia 2010 o 13:25 Link 1

Mam coś czego tu nie ma nikt,
lecz zbyt często nie czuję nic.



Bez filmów i muzyki udałoby mi się wytrzymywać w miarę normalnie. Chodziłbym do pracy, czasem spotykał się z bratem i jego dziewczyną. Co dwa tygodnie wyszedł potańczyć i się upić. Siedziałbym w pokoju i nie robił nic. Prawie by mnie nie było.

Kilka tygodni temu wróciłem do pisania tego bloga, by opisać ten, ponownie brytyjski, etap swojego życia. Tylko że nie ma co opisywać. Nic się nie dzieje. Tu się jest po to, by przeczekać. Kasia pyta, czy może jednak bym trochę nie pożył sobie teraz, gdy już się jako tako wszystko unormowało. A ja nie znajduję tutaj takiej możliwości. Jakiekolwiek życie wiąże się z wydawaniem pieniędzy, co jednocześnie wydłuża mój pobyt tutaj, więc jest bez sensu. Komputer daje wirtualną namiastkę, ale nigdy mnie nie dotknie.

W domu rodzice wycinają sałatę, tata jeździ na hurt, potem sztobrują chryzantemy. Wciąż narobieni, wciąż blisko ziemi. Tak im tego zazdroszczę. Poczucie marnotrawienia czasu, a nawet życia, mnie tu nie opuszcza. Odsunąłem od siebie na jakiś czas takie nieprzyjemne myśli o Polsce, o powrocie, przestawiłem je na stand-by. Teraz jeden film, jedna piosenka wszystko aktywowały i zaczęła się tęsknota. Po raz kolejny wiosna okazuje się emocjonalnie nieprzyjemną porą roku.

Chyba najtrudniej będzie mi wrócić do normalnej komunikacji z ludźmi. Tutaj praktycznie z nikim nie rozmawiam. Z nikim. W pracy unikam, bo strasznie ciężko nam się porozumieć i po kilku zdaniach urywamy tę imitację rozmowy. W domu siedzę u siebie i raczej nie wtrącam się w sprawy tej rodziny z dołu. Widujemy się może kilka minut dziennie. Z bratem i przyszłą szwagierką czasem pogadam chwilę, ale nieźle muszę się napocić, by jakoś przetrzymać ten czas i by nie zakradło się milczenie. Oduczyłem się mówienia, co przekłada się też na niechęć do pisania. Jak bardzo można się w sobie zamknąć? Jak bardzo można się zmienić?

Im robię się starszy, tym mniej czuję. Czy stanie się kiedyś tak, że naprawdę wszystko będzie mi obojętne? To o to chodzi?


archiwum

11
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
10
09
08
07
06

linki

M
shapes
abiekt
Stan
pb
kain
SZ
Mike
antek
max aue
cav
peep
tzy
cmr
xell
vil
sansenoi
know-how
hard cirk
© 2003-2007 copyright ownlog.com